Paulo Coelho sponsoruje

Autor: Maj , sobota, 29 grudnia 2012 00:49


Święta święta i po świętach.

SPAM SPAM SPAM bacon and SPAM

Autor: Maj , poniedziałek, 3 grudnia 2012 17:13

Facebook to syf.
Serio, straszny syf. Kradnie czas i przenosi mnie do słodkiej krainy prokrastynacji. Rozwija też mój śledziowy instynkt, bowiem mogę obejrzeć zdjęcia znajomych, których w realu wcale nie mam ochoty oglądać. I wiem co się u kogo dzieje. I choć wstyd mi się do tego przyznać- lubię to wiedzieć.
Do tej pory było więcej plusów niż minusów. Tymczasem facebooka opanowały trzynastolatki ze swoimi śmiechowymi grupami, ankietami i komciami. RUCHAŁABYM GDYBYM MIAŁA CZYM chyba bardziej mnie przeraża niż śmieszy.
Ale nie to jest najgorsze. Mogę znieść wylewające się z monitora popłuczyny mózgów gimbazjalistów, bo kiedyś dorosną i może im przejdzie. Mogę też przetrwać fotki zaślinionych dzieci, które są integralną częścią ich przygłupich, znanych mi matek, bowiem rośnie moja tolerancja wobec tych małych stworzeń. Mam na myśli dzieci.
To czego nie mogę znieść to spam i chamstwo.
Może najpierw chamstwo. Załóżmy, że facebook stał się odpowiednikiem wojewódzkiej gazety regionalnej, w dawnych, zamierzchłych czasach kiedy jeszcze ludzie naprawdę te gazety czytali. Jest to dość dobre porównanie, bo przecież większa część naszych znajomych pochodzi/mieszka w województwie aktualnie zamieszkiwanym przez nas. I teraz wyobraźmy sobie, że ktoś z imprezy na której byliśmy wysyła do takiej gazety jakieś kompromitujące nas zdjęcie. Może tego nawet nie robić ze złej woli. Mógł chcieć pokazać wazon, który stoi za zarzyganym trupem na pierwszym planie. Mógł nie chcieć nikogo skrzywdzić, jednakowoż dochodzi do wniosku, że będzie zabawniej kiedy tę fotkę opisze imieniem i nazwiskiem. I wychodzi taka gazeta, a KLEOFAS DĘBSKI na pierwszym planie ma delikatnie mówiąc przejebane. Teraz każdy zobaczy jego zdjęcie: matka, która myśli, że on nie pije, dziewczyna, do której startuje, ksiądz od bierzmowania, potencjalny pracodawca...
No mało jest rzeczy na fejsie które mnie bardziej irytują niż napierdalanie znaczników bez pytania. Na początku, kiedy znaczniki się pojawiły- wszyscy to robiliśmy. No ale kurwa, błagam. Ile można. Minęły jakieś 3 lata, niektórym z nas wyrosły już nawet pierwsze włosy pod pachami.
Spam jest jeszcze gorszy. Ostatnio chłopak pokazał mi zupełnie nieśmieszny i bardzo dziwny filmik Monty Pythona o konserwach i spamie. Filmik dość hardkorowy ale chyba jest adekwatny.


Czuję się trochę jak ta kobitka, która nie lubi mielonki i chciałaby dostać samo jajko z kiełbaską. Wchodzę na fejsa, a spam napierdala mnie z każdej strony. Dlaczego tak? Bo różniaste fanpejdże, które organizują konkursy nie robią tego wewnętrznie tylko wybierają otwartą formę konkursu. Czym jest otwarta forma konkursu? Polub profil (na tablicach znajomych pokazuje się co polubiłeś), udostępnij fotkę (którą zobaczą wszyscy twoi znajomi) i skomentuj ją (co również zobaczą wszyscy twoi znajomi).
Mając wśród znajomych ponad 20 osób lubiących warszawską filię międzynarodowej (!) organizacji zrzeszającej studentów medycyny jestem zasypywana konkursami, w których over 9k pierwszaków bije się o JEDNĄ książkę z literatury np. IV roku. Wiedząc, że konkursy te pojawiają się nawet 3 razy w tygodniu nie ma się co dziwić, że chce mi się rzygać gdy widzę logo tej organizacji (skądinąd naprawdę pożytecznej, ale na własne życzenie jebiącej sobie PR) i moich debili kolegów udostępniających po raz kolejny jakieś chujowe zdjęcie, bo chcą wygrać pęsetę anatomiczną za pińć złoty.
Rozumiem jeszcze taką formę konkursów u niszowych artystów, artystów hand-made czy im podobnych. Nie rozumiem tego w przypadku firm odzieżowych, portali księgarskich, i do cholery wszelkiej maści organizacji.
I to pierdolone "sugerowanie stron". Strona zapłaciła, więc teraz fejsbułka "delikatnie" podsunie mi na tablicę link sponsorowany w nadziei, że skorzystam z oferty Jogi dla mam z małymi dziećmi. Bo może chcę trochę schudnąć po ciąży, kurwa.

Chciałabym usunąć konto. Niestety, obecnie jest to podstawowe źródło informacji o życiu uczelni i grup studenckich. Dlaczego nie zablokuję profilu organizacji spamującej mi tablicę gównoksiążkami? Bo wrzucają też info o konferencjach i ciekawych warsztatach, które nie są publikowane nigdzie indziej. Niestety. Era forów internetowych chyba już za nami.

Przyjemności

Autor: Maj , środa, 24 października 2012 17:22

Bywają poranki wyjątkowo kiepskie. Takie, w które wychodzi się z domu, a sprzed nosa uciekają dwa tramwaje, trzeci się spóźnia, autobus się psuje, a samochód przejeżdżający przez skrzyżowanie nagle staje na torach tramwajowych i nie ma siły, żeby go ruszyć. Kolejka tramwajów rośnie i kiedy widzisz jak w godzinę nie możesz dostać się tam, gdzie dojazd zajmuje 25 minut, to szlag Cię trafia. Oczywiście szlag wprost proporcjonalny do ilości środków transportu, z których trzeba było skorzystać.


Wpadłam w taki kataklizm dziś rano, wpadł w niego również mój kolega z grupy. Kiedy udało nam się dotoczyć autobusem pod odpowiedni szpital, kiedy już przeszliśmy dwie ulice, żeby do niego dojść, zobaczyliśmy jak spod szpitala odjeżdża tramwaj. Nasz zatrzymany przez samochód na skrzyżowaniu tramwaj.

-To chyba nasza dwudziestka szóstka.- stwierdził odkrywczo kolega.
-Nie, tamta była starsza, taka kanciasta bardziej.
-Nie, na pewno nasza. Ja pamiętam. Kiedy czekam rano na tramwaj i podjeżdża mi taki ładny, nowy to to jest pierwsza przyjemność w ciągu dnia. Czasem ostatnia.

Chociaż gość jest dziwny i muszę przywyknąć do znoszenia go w środowe poranki, to jednak ostatni tekst dał mi trochę do myślenia. Kurczę, ciągle są ludzie, którzy cieszą się ładniejszym tramwajem.
I ma to sens, kiedy okazuje się, że zator komunikacyjny jest tylko początkiem kolejnych kataklizmów, bo dzięki pesie prowadzonej przez pana Jędrzeja możemy stawić im czoła z lepszym nastrojem.

Top 5 najbrzydszych najmodniejszych butów

Autor: Maj , piątek, 14 września 2012 13:06

Mam ten ranking w głowie od czterech lat. Chodzi za mną. Przeraża mnie ilekroć znów widzę lalę zadzierającą nosa w takich butach. Wszystkie modne, wszystkie drogie, wszystkie są nieporozumieniem. Nadszedł czas na pisaną wersję. Po tym, co zobaczyłam wczoraj w Heavy Duty.

MIEJSCE 5
Buty Melissa


Przypominają mi czasy, kiedy to 14 lat temu moja mama nosiła na basen przejrzyste, brokatowe japonki z gumy zdobione wielkim, plastikowym słonecznikiem. "Ej, ale te buty pachną jak guma do żucia! Sooooł słiiit!". Nie, wcale nie. Pachną tak zanim się ich użyje. Stopa "prześwituje" przez półprzezroczystą gumę. Są dziwaczne. Z gumy to kalosze są. 

MIEJSCE 4 
Moon Boot



Kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy nie mogłam uwierzyć, że ktoś całkiem poważnie narysował taki projekt, wparował z tym projektem na zebranie zarządu, powiedział "TO JEST DOBRE, TO MA SENS", wszyscy pokiwali z uznaniem głowami i on wziął za to pieniądze. Jeszcze bardziej zaskakuje mnie, że którakolwiek kobieta niespokrewniona z Gagarinem albo Armstrongiem chce wyłożyć grubą kasę, żeby nosić coś takiego. 

MIEJSCE 3
Creepers




Lansowane na idealne buty dla modelek. Królują na wybiegach, tumblerach i na stronach szafiarek. Ciężkie, dziwaczne buty optycznie kontrastują z chudziutkimi nogami dziewczyn, które je noszą. Do sukienek i tunik. Do koszul i szortów. Dla mnie są właśnie takie jak ich nazwa.

MIEJSCE 2
Emu


Och, pamiętam to jak dziś. Cztery lata temu warszawskie ulice zalewa jesienna fala podróbek Emu. Ponieważ oryginalne Emu są dość drogie, mnóstwo ofiar mody decyduje się na zakup "podobnych" modeli. Emu mają ponoć zapewniać regulację temperatury. Odprowadzanie potu. Podróbki nie mają już takich ficzerów, więc część moich szkolnych koleżanek paradowała w śmierdzących, przemiękających butach przez cały dzień, usprawiedliwiając noszenie "Emu" tym, że są wygodne.
Sranie w banie. Jakby patrzyło się na wygodę kupując buty, to producenci szpilek już dawno by splajtowali.
Pomijam fakt, że te buty wyglądają jakby uszył je sobie Eskimos. Ręcznie. Kościaną igłą.

CHWALEBNE MIEJSCE 1
To chyba już dla nikogo nie jest niespodzianką...
CROCS!


Fenomen tych butów jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Tak jak ich wypasione stoisko w Złotych Tarasach. Gdy pojawiły się z hukiem, pomyślałam, że nie, nie ma mowy, żeby ktokolwiek normalny dobrowolnie wymienił swoje szeleszczące Kazimierze i Jagiełły na odpicowaną wersję popularnych w latach 90-tych drewniaczków. A jednak! Projektant musiał być geniuszem, skoro znalazł sposób na odzianie Amerykanów, a później nawet malkontentów z Europy w kolorowe, gumowe chodaczki. 
Co sezon pojawia się jakiś nowy, bardziej przerażający model.
Jak na przykład ten:


Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło.

Vege

Autor: Maj , czwartek, 6 września 2012 12:57

We wrześniowym magazynie Kuchnia natrafiłam na nagrodzony w konkursie wegański przepis z bloga Wegan Nerd!. Sam przepis, nie powiem, interesujący- makaron z sosem z awokado i jarmużu. Ciekawy pomysł. A że ja się nudzę, to i na te blogi polecane wchodzę. No i zawędrowałam na Wegan Nerda.

Kiedy zaczęłam studia na analityce medycznej wyprowadziłam się z domu i zaczęłam sama rozporządzać pieniędzmi. Tak jakoś wyszło, że niespecjalnie starczało mi na mięso. W ten sposób nie jadłam mięsa ani jajek w ogóle przez tydzień. Wracałam na weekend do domu i pożerałam kabanosy, wędliny, jajecznice z boczkiem, albo przyjeżdżał do mnie M i kupowaliśmy 0,5 kg mielonego lub szliśmy na "mięsną" pizzę (Jajka to moje prywatne zboczenie, bo pewnego poziomu okrucieństwa nie jestem w stanie znieść. Dlatego albo kupuję "jedynki" za ciężkie pieniądze albo nie kupuję jajek wcale. Teraz dostaję je od dziadka albo znajomego ze strony M). Z czasem weekendowy "głód" na mięso zmalał i zniknął. Z powodzeniem przez całe tygodnie obywałam się bez mięsa lub z niewielką jego ilością. Uwielbiałam i uwielbiam do tej pory warzywne curry, zupy kremy, makarony z rozmaitymi warzywnymi sosami. Wolę świeżo i kolorowo niż buro i ciężko. Niemniej, uważam, że mięso jest pyszne, potrzebne, a my anatomicznie i fizjologicznie jesteśmy przystosowani do przyjmowania różnych rodzajów pokarmu, w tym rzeczonego mięsa i jego przetworów.
W swojej diecie uwzględniam to wszystko i bezboleśnie oraz swobodnie przychodzi mi gotowanie (i karmienie tymże :p) potraw w większości wegetariańskich, choć nikt ich tak nie nazywa.
To magia słowa. Trochę jak z dietą. Kiedy obwieszczamy otoczeniu i samym sobie, że oto przechodzimy na DIETĘ, to natychmiast jedzenie które jemy staje się takie jakieś... tekturowe. Co więcej, ja na przykład kiedy wiem, że jestem na diecie, natychmiast staję się częściej i bardziej głodna. Mój apetyt robi mi na złość. Tak samo ze słowem "wegetariańskie" lub "wegańskie". Kiedy nie ogłosimy, że pomidorowa z ryżem jest wegańska, pozostanie ona pomidorową z ryżem, a nie dziwolągiem.

Czytam te blogowe przepisy, czytam i czasem wiem, że chciałabym spróbować. Choćby po to, by sprawdzić jak będę się czuła z tym jedzeniem. Co ciekawe, większość z wegańskich przepisów (a wegetariańskich to już w ogóle!) jest pyszna i prosta w przygotowaniu.
Ale jednocześnie nie chciałabym rezygnować z tylu rzeczy, które tak lubię. Chyba najgorzej byłoby rozstać się z serem. Wiem, że są wegańskie odpowiedniki, ale to już nie to samo co tłusty, pyszny, śmierdzący francuski Camembert.

Miała być notka o naprotechnologii, a wyszło coś takiego. Dziwne.

Revolutionary road

Autor: Maj , czwartek, 30 sierpnia 2012 14:03

Cywilki, powstanki, socjolożki, psycholożki, fotografki, architektki,doktory, profesorki, chirurżki, anatomki, genetyczki i fizjolożki, posły, ministry, kierownice, menadżerki, mechaniczki.
*
-Dzień dobry państwu, gościmy dziś w naszym studiu posłę na sejm, Mariannę Kaszę.
*
imię i nazwisko: Aneta Posiadło
wiek: 28
wykształcenie: dyplomowana architektka
*
-Operować będzie pana nasza najlepsza specjalistka od transplantacji, doktora chirurżka Malinowska.
-Yyyyeeeyyyy...
*
-Wykłady z fizjologii będzie dla państwa prowadzić fizjolożka, doktora habilitowana, profesora Elżbieta Kopyto.
*
-Nie wiem dlaczego nie możecie zrozumieć, że chcę podążać w życiu za pasją. A moją pasją są auta. Zostanę mechaniczką i nikt mi w tym nie przeszkodzi!
*
-Państwa dzieci odwiezie do Zakopanego doświadczona i wielokrotnie przez nas sprawdzona kierownica.
*
Do socjolożek i psycholożek się nie czepiam, bo nie szanuję większości z nich. Tych pierwszych za wpieranie wszystkim, że socjologia jest pełnoprawną nauką i za zaśmiecanie rynku pracy swoimi niesamowitymi kwalifikacjami w byciu nikim, a tych drugich za bycie głupimi cipami, którym zdaje się, że wiedzą o mnie więcej niż ja sama o sobie wiem. Nienawidzę psychologów. I psycholożek też.

Kiedy nikt nie będzie się w tym kraju krzywił na chirurżkę, mam nadzieję, że będę wtedy dobijać spokojnej emerytury w jakimś innym państwie, w którym potworki językowe nie będą ranić mi uszu.

Dietetyka i BARF

Autor: Maj , wtorek, 28 sierpnia 2012 11:29

To będzie post raczej specjalistyczny, ale mam to gdzieś. Lubię pisać o interesujących dla mnie sprawach.

Nigdy nie kryłam się ze swoją miłością do gotowania. Jako pięciolatka biegałam po dokładki kawałków papryki zawiniętych w szynkę, a jako jedenastolatka chciałam zrobić pierwszy sos pomidorowy wrzucając do wrzątku pomidora... Potem były jeszcze próby spalenia mieszkania (bez wiedzy rodziców wrzuciłam do garnka masło i tabliczkę czekolady, która oczywiście się przypaliła i wszystko się wydało) i nieudane wykorzystanie fixów pana Knorra. 
Gotowałam w tych grubszych czasach (śmietana, masło, majonez, mąka, więcej ciasta i frytki!) i w tych chudszych czasach (pasta z tuńczyka i sałata). Generalnie jak nie przesadzam z jedzeniem na mieście to nie tyję. No i jem mięso jakiś 1-2 razy w tygodniu lub rzadziej. Dużo ziół, zupy warzywne, wszystko przygotowane w domu, niewiele półproduktów. 
Sporo czytałam o odżywianiu. W czasie największego psychicznego kryzysu, w trzeciej klasie liceum czytałam mnóstwo o dietetyce (i schudłam 10 kg, ale to zasługa mojego braku mózgu, bo żadne zasady zdrowego żywienia nie doprowadziłyby mnie do takiego stanu.). Byłam przerażona maturą. Medycyna wydawała się tak bardzo nieosiągalna, za to dietetyka.. Próg niewielki, jedna matura. Mama chciała wysłać mnie na dietetykę, bo nigdy w ten lekarski w zasadzie nie wierzyła i chyba nadal nie wierzy, że to będzie działało... Był nawet taki moment, że byłam zadowolona z tego pomysłu z dietetyką. W końcu lubiłam gotować, a chemia żywności, procesy produkcji w przemyśle spożywczym i zapotrzebowanie człowieka na składniki pokarmowe są dla mnie fascynujące. Myślę o tym jako o ewentualnym drugim kierunku, kiedyśtam. Może już nie w języku ojczystym.
Tak wyszło, że pierwsze studia na które się dostałam w tym roku to były Techniki dentystyczne (po tym jest się asystentem dentysty) i weterynaria. To ostatnie to już było coś. Co prawda studia te ostatecznie odpadły, bo nie lubię tej uczelni, boję się psów i mam wybiórcze zainteresowania zwierzętami. Mam też kota. Rudego szkodnika.



Mogłabym leczyć koty. To byłoby ciekawe. W końcu one nie umieją mówić, a mogą zachorować na przewlekłe choroby, tak jak i ludzie. Żaden ci nie powie "Ej, słuchaj stary, weź mnie może do weta, bo trochę mi się kręci w głowie ostatnio.." ani "Nie mogę się wysikać, chyba mam kamienie nerkowe." 
Sęk w tym, że niewiele wiedziałam o kotach do czasu, kiedy mój własny zacząć zachowywać się jak menda. 
Kiedy emocje opadły i jednak postanowiłam zatrzymać kota (było bardzo źle) zaczęłam przystosowywać moje życie do kociej w nim obecności. Najpierw koci parapet, zabawki, weterynarz. Zmiana karmy z zalecenia weterynarza ("niech sobie pochrupie chrupki lepszej jakości"). Codzienne pół godziny zabawy i regularne sprzątanie kuwety. Teraz zamiast irytować się, że zwierzak ze mną nie współpracuje, mam stosunkowo grzecznego kota. Z Krakowa idzie właśnie zamówiona siatka zabezpieczająca na balkon (żeby kotek miał gdzie sobie pobiegać i mógł się swobodnie pobawić na powietrzu) i nowa karma, zalecona już nie przez weterynarza, a przez kociarzy. We wrześniu zamawiam duży drapak, żeby Anton miał się po czym wspinać. M znosi moje kocie fanaberie ze stoicką cierpliwością i jeszcze pożycza mi kasę.
Tak jak mamy uczelnie medyczne tak mamy i rolnicze. Na wydziale lekarskim nie nauczę się wszystkiego o odżywianiu i dietach. Prawdopodobnie nauczę się o trawieniu i zapotrzebowaniu na poszczególne składniki, o żywieniu specjalistycznym w chorobie (fenyloketonuria, cukrzyca, celiakia), trochę o dietetycznych podstawach chorób i o prawidłowym żywieniu, równowadze mikroelementów, witaminach i masie ciała. Nie będę przeliczać i opracowywać autorskich diet. Nie poznam zastosowania poszczególnych pokarmów dla zdrowia i urody. Otyłych pacjentów będę kierować do dietetyka.
Na uczelni medycznej mamy kierunek lekarski, lekarsko-dentystyczny, farmację, analitykę medyczną, fizjoterapię, dietetykę, ratownictwo medyczne i inne kierunki. Kształcimy sztab specjalistów zajmujących się zdrowiem ludzi. Na uczelni rolniczej z kierunków zajmujących się zdrowiem zwierząt mamy jedynie weterynarię, zootechnikę i hodowlę i ochronę zwierząt towarzyszących i dzikich. Każdy z tych kierunków ma w programie nauczania przedmiot Żywienie zwierząt i paszoznawstwo. Czy może to zastąpić specjalistów-dietetyków? Mogłoby, gdyby przedmiotowi poświęcono więcej uwagi i traktowano poważniej. Obecna weterynaria zdaje się nie widzieć związku między okropnej jakości przemysłowym jedzeniem, a przewlekłymi chorobami i przedwczesnym starzeniem zwierząt, w tym kotów. 
Poszukując przyczyn okropnego zachowania mojego kota przestudiowałam każdy aspekt jego życia, również dietę. Kiedy go przygarnęłam, żywiłam go lepiej. Dostawał chudy twarożek, czasem surowe mięso, mleko i kocie puszki dobrej jakości. Chciałam go odżywić, ponieważ kiedy do mnie trafił wyglądał jak po długiej głodówce. Mogłam policzyć mu wszystkie żebra. Tymczasem moja mama przezwyciężając uprzedzenia do kotów zaczęła podkarmiać go ketekatem. Och, bo tak mu smakuje i wcina takie duże porcje! Moje oszczędności topniały, więc pozwoliłam karmić go tymi puszkami. 
Teraz zaczęłam czytać więcej o prawidłowym żywieniu kotów i o ich chorobach. Okazuje się, że nie zawsze to co jest z "górnej półki" jest dla kota dobre. No i w zwierzęcych zakupach częściej niż w ludzkich ulegamy złudzie niższej ceny. Okazuje się, że niepełnowartościowej karmy kot je dwa razy więcej niż tej lepszej. Koszt wychodzi więc bardzo podobny. 
Zmianę żywienia zaczęłam od zapobiegania osadzającej się powoli płytce nazębnej i zapaleniu dziąseł. Dotychczas myślałam, że kotom po prostu śmierdzi z pyska, że to naturalne. Otóż nie. Są to objawy stanu zapalnego. Za poleceniem weterynarza kupiłam kotkowi chrupki lepszej jakości- Purinę cat chow i tego słynnego Royala w wersji dentystycznej. To pierwsze kosztowało jakieś 12 zł/kg, to drugie 50 zł/kg. Po powrocie do domu i przejrzeniu forum kociarzy okazało się, że Purina to "taki lepszy whiskas", a Royal Canine to "chwyt marketingowy i wcale nie taka dobra karma". Poczytałam więcej o żywieniu. O podstawach diety. Potem spojrzałam na skład wszystkich karm jakie miałam w domu. W jednej 4% mięsnych odpadów, w drugiej jakieś 10%, a trzeciej 20% porządnego mięsa, we wszystkich- co najmniej 80% zbóż. Ponadto są one konserwowane za pomocą dwóch związków rakotwórczych, które z tego powodu często nie są dopuszczane do użycia w produktach dla dzieci. 
Koty nie jedzą zboża. Fizjologicznie i anatomicznie nie są przystosowane do trawienia tego składnika. Psy są wszystkożerne, koty wyłącznie mięsożerne. Dlaczego weterynarz polecił mi karmę tak fatalnie dobraną do potrzeb mojego zwierzęcia? Domyślam się, że tylko i wyłącznie dlatego, że ma braki w temacie paszoznawstwa i braki te pozwalają mu podpisywać umowy i sprzedawać jako "weterynaryjne" karmy, które są dla jego pacjentów nie tylko niestrawne ale i niebezpieczne. Jeśli kogoś stać na podawanie jedzenia w takiej cenie zwierzęciu, to na pewno będzie go stać również na prowadzanie kota do tego samego weterynarza, gdy zwierzę nabawi się już nadwrażliwości jelit albo cukrzycy. Te karmy są dla kotów tym czym dla nas jest hamburger w McDonald's. Jeśli nie chcemy przytyć i dbamy o swoje zdrowie, to zjemy je tylko od czasu do czasu. Jasne, że są smaczne, one mają być smaczne. Tylko, że jednak możemy ograniczać ich spożycie kiedy dbamy o własne zdrowie. Kot zje to co mu podamy.
Od jakiegoś czasu trwają uporczywie ignorowane przez praktykujących weterynarzy badania nad wpływem przemysłowych karm zbożowych na przewlekłe choroby u kotów. Co więcej, istnieją coraz liczniejsze przypadki wyleczenia niektórych chorób po przejściu na dietę BARF. Jest to sposób żywienia opracowany przez australijskiego weterynarza Iana Billinghursta, oparty na podawaniu zwierzętom pokarmu możliwie zbliżonego do tego, co jedzą w naturze. Zainteresowani mogą poczytać więcej o BARFie >tutaj<. Nie jestem jeszcze gotowa, by przestawić mojego kota na surową dietę, ponieważ brak mi pieniędzy na maszynkę do mielenia mięsa, suplementy diety i czasu na przygotowywanie własnych mieszanek. BARFowanie wiąże się też z wyszukiwaniem dla kota składników szczególnego rodzaju: świeżej krwi, mysich osesków, całych tuszek królika. Jednak już teraz wiem, że za jakiś czas będę to robiła. Już teraz zaczynam odstawianie zbóż i włączanie do kociej diety surowych produktów. I zapewniam, że żywienie kota karmami bezzbożowymi lub dietą surową nie jest dużo droższe niż podawanie mu Whiskasa. 
Jest tyle kotów, które dożyły późnej starości w dobrym zdrowiu jedząc Ketekata, ilu ludzi, którzy spokojnie się zestarzeli jedząc jedynie w KFC. Należy jednak pomyśleć o jakości ich życia. O nadwadze, otępieniu, braku energii. Według kryteriów producentów karmy oraz praktykujących lekarzy weterynarii koty zaliczane są do kategorii "senior" po ukończeniu 6 roku życia, choć mogą przeżyć 20. Naprawdę tak to powinno wyglądać? 
Istnieją kampanie, które mają na celu uświadomienie rodzicom, że prawidłowe żywienie ich dzieci będzie korzystne nie tylko dla ich zdrowia ale także dla jakości ich życia. Jeśli samemu dba się o swój jadłospis warto zainteresować się również jadłospisami innych członków rodziny, czyli również swoich zwierząt.

Chomik w fartuszku

Autor: Maj , wtorek, 21 sierpnia 2012 14:52

Byłam w kinie na nowym Allenie. "Zakochani w Rzymie" zdecydowanie biją na głowę "O północy w Paryżu". Na pewno obejrzę jeszcze nie raz, choćby dla Penelope w roli prostytutki lub dla wiecznie niezdecydowanego Eisenberga. Nie będę zdradzać zbyt wiele, ale są w tym filmie naprawdę mocne wątki, zwłaszcza operowe.
Tymczasem reklamy nowych filmów były tak głupie, że aż bolały. Chyba nowi Avengersi byli najgłupsi (uwaga, będzie tam CHUCK NORRIS!). Podobał mi się tylko zwiastun filmu o Francuzach zdradzających swoje żony i filmu o miśku, z Milą Kunis, ale tylko dlatego, że misiek miał głos Petera Griffina. Nienawidzę Mili Kunis, więc więcej o tym filmie nie usłyszę. Z kina to wszystko.

W zeszłym tygodniu oglądałam po raz setny bajkę Kogepan. To takie anime dla ludzi, którym się znudziły tradycyjne anime i przedawkowali Małego Księcia. Dlatego nie podobało mi się już tak bardzo jak kilka lat tamu. Kogepan to przypalony bochenek chleba, który mieszka w piekarni z innymi chlebami i jest nieszczęśliwy, bo nikt nie chce go kupić. Zazdrości innym chlebom, że są ładne i chciane. To tyle na ten temat, sama bajka jest trochę nudna ale dość urocza. Natrafiłam na wzmiankę o niej lata temu, w gimnazjum jeszcze (o, tak, jestem taka stara) w gazetce, której tytułu już nie pamiętam. Artykuł był o seriach anime o krótkich odcinkach, seriach zabawnych i różniących się znacznie od Naruto i Clannadu (tak, wiem co to i stawiam je obok siebie). Było tam wspomniane takie anime, którego nazwy nigdy nie zapamiętałam. Za gimbusa obejrzałam kilka odcinków i przestałam, bo było "bleeee zboczone!!".
Znalazłam je ponownie guglując "anime o chomiku". Takie to było trudne. Anime nazywa się Oruchuban Ebichu, co znaczy mniej więcej Ebichu- chomik gospodyni domowa. Główna bohaterka to Ebichu, chomik płci pięknej, który zajmuje się domem swojej pani- nowoczesnej, młodej Japonki. Robi pranie, sprząta, gotuje, odkurza, wszystko z uśmiechem na ustach, ponieważ dba o swoją panią. Tymczasem pani ma chłopaka, z tej samej kategorii co i ona. Młody, pracujący, nowoczesny. Stale ją zdradza, okłamuje, ustawia wedle swojego widzimisię i jest oczywiście czarnym charakterem serii, ale jednak bohaterka nie porzuca go. Wręcz przeciwnie, robi awantury przez telefon, płacze w słuchawkę, zaprasza go na szybki numerek na zgodę, marzy o tym, że on któregoś dnia powie jej, że ją kocha i wezmą ślub.
Najbardziej podobał mi się odcinek, w którym dziewczyna była chora i marzyło jej się, że jej chłopak przyjdzie w odwiedziny. Każdy kto oglądał kiedykolwiek jakieś anime szkolne, wie, że wizyta w czasie choroby w Japonii oznacza, że on:
1. martwi się
2. lubi mnie!!!
3. pewnie mnie jednak kocha, ale nigdy tego nie powie, bo żaden porządny mężczyzna nie powinien ujawniać swoich uczuć, nyaaaa ^.^
Chłopak, rzeczywiście, przyszedł w odwiedziny, powiedział "Sama jesteś sobie winna, że jesteś chora!", usiadł obok łóżka, otworzył jedno z piw (przyniósł sobie pełną siatkę) i odpalił sobie telewizję. Oglądał ją aż zapadł wieczór i pojawiły się programy od lat 18. Wtedy to skończyło mu się piwo, zapytał czy jest w domu jeszcze jakieś i czy może coś do żarcia też jest. Dziewczyna chciała wstać i pójść mu coś kupić na kolację.
W innym odcinku chłopak wchodzi do domu jak do siebie i rzuca "Umaluj się, jako kobieta musisz dobrze wyglądać w każdej sytuacji."
W jeszcze innym pojawia się jedna z tych zajebistych japońskich patologii, w której nie mnie doszukiwać się sensu. Oto inny chłopak (człowiek) zaczyna interesować się Ebichu. Tak, facet zakochany w chomiku swojej koleżanki. I ten właśnie chłopak zaczyna fantazjować o tym, co może w tej chwili robić Ebichu. Zarumieniony niczym dziewica w noc poślubną wyobraża sobie jak Ebichu w chustce na głowie pierze, jak gotuje, jak odkurza... Pada soczyste KAWAIIII!, a ja w tym czasie zastanawiam się co jest takiego słodkiego i seksownego w zmywaniu.
Oczywiście cały serial ma humorystyczną konwencję. Przyglądamy się masie śmiesznych zdarzeń związanych z relacjami damsko-męskimi. Sęk w tym, że jeśli coś pojawia się w serialu i wdziera się między dowcipy, jako coś oczywistego i nie budzącego zdziwienia to odzwierciedla pewne postawy akceptowane w społeczeństwie, do którego kierowany jest serial. I o ile Oruchuban Ebichu pokazuje wyzwolonych, nowoczesnych Japończyków, to jest w nim jednak sporo hipokryzji. Bo coś się zmieniło w tamtejszym modelu rodziny jedynie powierzchownie.



A jako wisienkę na torcie, na koniec dodam news o tym, że irańskie uniwersytety zaczęły blokować niektóre kierunki studiów i rezerwować je jedynie dla mężczyzn.

Weryfikacja

Autor: Maj , piątek, 20 lipca 2012 14:54

Myślisz sobie: tak! Moje życie wygląda dokładnie tak, jakbym tego chciała. Wszystko idzie w dobrym kierunku, bywa lepiej lub gorzej ale stale przybliżam się do osiągnięcia jednego z konkretnych celów.
Właściwie czemu nie miałoby tak być?
Nie udało się raz, w liceum. Rok później to naprawiłam. Nie udało się kolejny raz, na studiach. W tym roku już wszystko gra, naprawiłam. Zazwyczaj kiedy coś się psuje, można to jakoś naprawić. Nawet jeśli wymaga to rezygnacji i rozpoczęcia czegoś od początku. Zwykle wymaga to nakładu pracy, silnej woli i użerania się z masą ludzi wokół, którzy nie potrafią powiedzieć nic pozytywnego.
Moja matka uwierzyła, że mogę osiągnąć cel, w dniu, w którym go osiągnęłam. Super wiara w możliwości.
Realizacja marzeń wymaga podejmowania decyzji. Często niestandardowych, niezbyt dobrze widzianych przez bliskich.

Moim ulubionym argumentem, który przewija się latami jest "to wszystko zweryfikuje życie". Zaraz, może popełniłam błąd? Może powinnam była napisać "Życie", bo w tej sytuacji urasta ono do rangi bożka, inteligentnego tworu, który ma ostatnie słowo. Tylko, że ja nie wierzę w inteligentne, niewidzialne twory. Tak samo jak nie wierzę w sytuacje bez wyjścia.
Argument o weryfikacji marzeń jest dla słabych i dla tych, którym się nie udało. Co więcej często są to ludzie, którym wydaje się, że wszystko gra. Bo teoretycznie są szczęśliwi, mają dobrą pracę, rodzinę, samochód i dom, ale coś w nich umarło, skoro próbują zaszczepić grubą skórę młodej osobie z marzeniami. Gdyby ich życie wyglądało dokładnie tak, jak tego chcieli to czy nie próbowaliby zachęcać zamiast straszyć?

Tak więc z niecierpliwością czekam na moment, w którym złe Życie wejdzie przez moje okno i odbierze mi wszystko to, co sprawia, że codziennie budzę się rano.

Sztuka selekcji informacji

Autor: Maj , sobota, 2 czerwca 2012 16:07

Pamiętam jak jeszcze zimą tego roku ukazały się pogłoski o tym, że firma PepsiCo. chce swój nowy napój słodzić nerkami abortowanych dzieci. Trochę się pośmiałam, trochę prychłam, a potem żartowałam, że będę wrzucać swoje fotki z puszkami Pepsi Next, kiedy tylko napój wejdzie na polski rynek. Taki już ze mnie lewak-śmieszek.
Wczesną wiosną Newsweek opublikował jakiś artykuł na ten temat, nie bardzo go pamiętam. Pisano w nim głównie o problemach marki Pepsi dotyczących spadku sprzedaży i kryzysu firmy. Zarząd firmy zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę i urozmaicić ofertę o rewolucyjny napój, który będzie zawierał o 60% mniej cukru lecz zachowa smak oryginalnej Pepsi. Do prac nad nowym słodzikiem zaangażował biotechnologiczną firmę Senomyx, która wykorzystała w swoich pracach komórki pobrane od abortowanych dzieci. Koniec konkretów. Środowisko pro-life jest oburzone, ja jestem lekko zdezorientowana, ale nadal się głupio uśmiecham.
Tymczasem Pepsi Next po załatwieniu przez firmę wszystkich niezbędnych formalności pojawiła się na amerykańskim rynku. Jedną z tych formalności było oświadczenie akcjonariuszom spółki, że firma ma w sumie w dupie, na jakich komórkach pracował Senomyx.
Niektórzy ludzie śmieją się, że jest to produkt przeznaczony dla osób, które są w 60% na diecie. Cała sprawa wydaje się na pierwszy rzut oka podejrzana, zwłaszcza dla kogoś, kto nie ma pojęcia jak pracują biotechnolodzy i jak właściwie używa się oraz jak powstają linie komórkowe wykorzystywane w laboratoriach.
Szczerze powiedziawszy interesuję się sprawą odkąd się o niej dowiedziałam (niezawodny facebook). Niestety ze strony portali publikujących artykuły na ten temat napotkałam na szereg przeszkód. Sama nie mam wykształcenia, które pozwalałoby mi rozszyfrować po co i jak Senomyx użył danej linii komórkowej. Jednak z dużą pomocą M, jego książek i doświadczenia udało mi się poskładać strzępki informacji w jedną całość.
Gdyby wierzyć na słowo artykułom pokroju publikowanego na Frondzie Do diabła z Pepsi!, każdy rozsądny człowiek obawiałby się o przyszłość ludzkości. No bo skoro portal deklaruje: "Nie będziemy spożywać produktów, które zawierają część nienarodzonych dzieci", to oznaczałoby, że do produkcji jednej puszki Pepsi Next zostały użyte komórki pochodzące powiedzmy (liczba całkowicie przypadkowa) od dwójki abortowanych dzieci i napój realnie zawiera te komórki. Gdyby tak było to do wytwarzania nowego produktu Pepsi należałoby wykorzystywać ciała praktycznie wszystkich poddanych aborcji dzieci, również te pochodzące z nielegalnych zabiegów. Co więcej, zapewne i tych nie wystarczyłoby na choćby miesięczne zapotrzebowanie koncernu. 
Nie myślałam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale po cytowaniu Onetu, przyszła pora na cytowanie prawicowego portalu. Niezależna.pl, okazała się jedynym miejscem, które, o ironio, opublikowało artykuł zawierający sensowne dane. Zastanawiam się tylko, czy redakcja zamieściła wyjaśnienie polskiego naukowca dla jaj czy po prostu go nie zrozumiała. Cytując:


"Organizacja Children of God for Life zwraca uwagę, że napój „Pepsi Next” zawiera słodzik firmy Senomyx, który zawiera linię komórek HEK 293. Obrońcy życia alarmują, że komórki te pochodzą z nerek dzieci poddawanych aborcji. Nie chodzi tu o wykorzystywanie szczątków dzieci jako składnika słodziku, lecz o używanie linii komórkowej, która wywodzi się z komórek dziecka nienarodzonego, do prac nad słodzikami.
- HEK293 to stabilna linia komórkowa, możliwa do kupienia przez każdego badacza czy pracownika R'n'D w kilku światowych bankach komórek i szczepów. Jest szeroko wykorzystywana w większości ośrodków badawczych (w tym bodajże na każdej polskiej uczelni) oraz firmach biotechnologicznych czy farmaceutycznych. Powstała około roku 1970 za sprawa zespołu prof. Van der Eba z Leiden w Holandii, który zajmował się badaniem namnażania adenowirusów i opracował metody transfekcji DNA do komórek zwierzęcych, co stało się obecnie podstawa choćby terapii genowej. Stabilne linie komórkowe powstają poprzez pobranie tzw. hodowli pierwotnej z tkanek, następnie szeregu pasaży in vitro, w czasie których komórki tworzą różne klony o różnych fenotypach oraz podlegają procesowi immortalizacji (najczęściej przez modyfikacje genomu wirusowym DNA). Jeśli jeden lub kilka z takich klonów wykazuje zdolność do podziałów i nie zmienia fenotypu oraz genotypu przez kilkanaście pasaży, jest bankowany w ciekłym azocie i służy odtąd jako stabilna linia komórkowa przydatna do badań różnych procesów biochemicznych (co stanowi przykładowo alternatywę dla testowania leków na ludziach w pierwszych fazach badan klinicznych) lub produkcji ludzkich, rekombinowanych białek stosowanych jako np. leki. Tak przygotowane komórki można namnażać do woli w warunkach in vitro w zależności od potrzeb - napisał w liście do "Gościa Niedzielnego" dr Marcin Okrój, biochemik z Uniwersytetu Lund w Malmoe."


A więc szybko tłumaczymy z naukowego na nasze. 
Sprzeczności mamy już w pierwszym akapicie, który odnosi się do stanowiska organizacji Children of God for Life. Twierdzi ona, że słodzik pochodzący od Senomyx zawiera linię komórek. Na szczęście, ktoś inteligentny prostuje natychmiast tę informację, wyjaśniając, że ta konkretna linia komórkowa posłużyła do badań i prac nad stworzeniem kontrowersyjnego słodzika. 
A teraz co nieco o tworzeniu linii komórkowych. 
Ciekawą sprawą jest fakt, że do badań można używać linię komórek HeLa. Stosowane do dziś, nieśmiertelne komórki rakowe chorej na nowotwór szyjki macicy Henrietty Lacks zostały pobrane w 1951 roku. Stworzenie linii komórkowej HeLa polegało mniej więcej na namnażaniu i hodowli pobranych komórek i zbankowaniu ich. Obecnie każdy ośrodek badawczy może nabyć w zasadzie te same komórki, które pobrano 61 lat temu. Wystarczyło odrobinę poszperać na angielskiej Wikipedii, by odkryć pochodzenie linii komórkowej HEK 293, do której produkcji potrzeba było zabić takie masy nienarodzonych dzieci: "The human embryonic kidney cells were obtained from a single apparently healthy fetus legally aborted under Dutch law.". Tak, komórki pochodziły od jednego, jedynego, jedyniutkiego płodu. 
Do czego mogły być stosowane takie komórki? Po modyfikacjach genetycznych mogły być po prostu "zaprogramowane" do produkcji (podobnie jest z produkcją insuliny) substancji słodzącej używanej do słodzenia Pepsi Next. Taki wyprodukowany przez komórki słodzik, po oczyszczeniu nie ma nic wspólnego z abortowanym ponad 40 lat temu dzieckiem.
A teraz niespodzianka dla wszystkich, którzy kręcą z niesmakiem głowami, że PepsiCo opiera swoją nową strategię na dokonanym w latach 70 morderstwie holenderskiego dzieciątka. Otóż wielce zabawnym jest fakt, że teraz, kiedy duży koncern korzysta z usług firmy biotechnologicznej, stosującej po prostu popularną linię komórek, opinia publiczna jest wstrząśnięta barbarzyńskimi technikami używanymi w przemyśle farmaceutycznym i biotechnologicznym. Otóż te same linie komórkowe są stosowane wszędzie. Na całym świecie. Cały czas. Może nawet w tym samym laboratorium, w którym twoja córka zrobi kiedyś magisterkę. W tym samym, które testowało twoje leki na ból głowy. W tym samym, które pracuje nad lekarstwem na raka. 

Po zdobyciu i uporządkowaniu wszystkich tych informacji, nadal uważam, że wszechobecna nagonka na Pepsi jest śmiechu warta. Nie zrezygnuję z ulubionego napoju tylko dlatego, że działaczom ruchu pro-life nie chce się poszukać głębiej i znaleźć tak oczywistych odpowiedzi. Oczywiście, dużo łatwiej jest usiąść przed komputerem, otworzyć Frondę i pokiwać z trwogą głową powtarzając za wszystkimi hasło: Pepsi słodzi napoje zamordowanymi dziećmi. Dlatego właśnie selekcja informacji urasta dziś do rangi sztuki.

Turysta strajkowy

Autor: Maj , środa, 25 kwietnia 2012 15:29

Niech będzie pochwalony!
Na imię mi Romualda i urodziłam się w 48 roku. Już po wojnie, ja młoda jeszcze jestem, nie to co Marylka spod czwórki. Ale ja pamiętam komunę, pamiętam, jak to było. Nie było niczego, a to białe z bananów wyjadaliśmy łyżeczką. Jak były banany, a je to tatuś z NRD przywoził. Wszystkie koleżanki mie zazdrościły bananów na święta. Kiedyś to były święta, nie to co teraz. Sianko, biały obrus, dodatkowe nakrycie, karp po żydowsku i kompot z suszu. Nie takie kateringi co teraz. I banany tatuś z NRD przywoził, ale takich bananów to już teraz nie ma wcale.
U mie w Katowicach to spokojnie jest. Takie wspaniałe, pobożne miasto. Po osiedlach wszystko się znają, nie ma jakichś przybłędów, co to by się szlajały nocą po parkingach, o nie. I młodzież mamy piękną i dobrą. Zawsze ustąpią miejsca w tramwaju. I wszyscy wierzą w Pana Boga i chodzą do kościoła i praktykują. Nie to co w tych metropoliach, siedliskach zepsucia i grzechu.
Raz już byłam w Warszawie i w czerwcu znowuż jadę. Ksiądz proboszcz już załatwia nam autokar. Koleżanki się mie pytają "Romcia, no co ty? Po co Ty na to euro do tej stolicy jedziesz? Zadepczą cię!". A ja im na to: "A GÓWNO! To my ich zadepczem!". Jedziemy pokazać panu premierowi, że myśmy nie tak się umawiali. Wszędzie złodzieje i szubrawcy, a ta Warszawa najgorsza. Brzydkie to takie, te blokowiska, te budynki postalinowkie posklejane do jakichś bohomazów ze szkła całych... Zaszczane wszędzie, brudno, wszędzie pedały i murzyny. I tak mało obrączek widuję na palcach tych ludzi. Ja wam mówię, że oni wszyscy żyją w grzechu i spłoną w ogniu piekielnym.
Gdyby ojczulek Tadeusz nie wzywał, to ja bym tam nie jechała do takiego prostytuckiego miasta, w życiu. Zostałabym sobie u siebie w Katowicach, ja Katowiczanka od pokoleń. Najpierw byłam z Rodziną Radia Maryja protestować przeciwko temu czemuś z telewizją Trwam. Nie wiem o co dokładnie chodziło, ale ksiądz powiedział, że chcą nam zabrać telewizję Trwam. Jedyną stację, co nie kłamie. No to pojechali my. Była piękna msza, a myśmy krzyczeli, o jak krzyczeli, że nie oddamy. A potem poszliśmy do premiera i tam pan prezes Kaczyński wygłosił piękne przemówienie.
Jedziemy protestować znowu, bo na euro przyjadą ludzie zza granicy. Świat musi zobaczyć, że się źle w Polsce dzieje. Że chrześcijańskie wartości nasz rząd depcze. Wyjdziemy na warszawskie ulice. Nie oddamy telewizji Trwam, a świat nas poprze.
I wnukom będzie co opowiadać. Babcia zobaczy stadion i kibiców i o stolicy opowie.

Kopernik była kobietą

Autor: Maj , środa, 18 kwietnia 2012 12:25

Szanowna Redakcjo, drogie koleżanki.

Właściwie nie mogę zacząć tego listu inaczej niż od stwierdzenia, że jestem feministką. Wychowywałam się czytając felietony Kazimiery Szczuki w "Wysokich obcasach". Równolegle z "W pustyni i w puszczy". Trudno, bym szybko nie uświadomiła sobie oczywistych przejawów dyskryminacji, które mnie otaczały. Było to odkrycie bolesne zwłaszcza dla małej dziewczynki wychowywanej w tradycyjnej, konserwatywnej rodzinie.
Były momenty, kiedy krzykiem i agresją stałabym murem za feministkami. Jednak dziś wszystkie organizacje powoli, sukcesywnie usuwam z mojego profilu na facebooku. Została już tylko Fundacja Feminoteka i wciąż biję się z myślami, czy warto pozostać w gronie jej fanów. Dlaczego?
Dlatego, że zdecydowana większość serwisów profeministycznych już dawno przestała podawać rzetelne informacje. Czytając postowane artykuły czuję się jakbym przerzuciła się z "Gazety Wyborczej" na "Fakt". Zamiast podawać sensowne, sprawdzone dane jestem bombardowana artykułami pokroju "molestowanie seksualne" czy "statystyki nielegalnych aborcji". Te dane są NIESPRAWDZALNE. Czekam na historię jakiejś kobiety, którą dyskryminował kredens, bo przecież kredens jest rodzaju męskiego, a kobieta w Polsce to mniej niż mebel. No i Fundacja zbliży się bardziej do Faktu, do czego przecież dąży.
Ale to, co mnie boli najbardziej to rażąca dyskryminacja w gronie feministek. Szczute wściekłymi hasłami i bzdurnymi argumentami są wszystkie kobiety, które nie zgadzają się z którąś z tez prezentowanych przez Fundację. A najbardziej zacięte ataki dotyczą mężczyzn znajdujących się w gronie fanów Fundacji (lol). Jeśli jakiś pan raczy nie zgodzić się z jakimś chwytnym, bzdurnym hasełkiem (najczęściej obraźliwym w stosunku do płci męskiej), rzuca się na niego tłum wściekłych kobiet, wraz z założycielkami (bo po zachowaniu wnoszę, że są kobietami?) facebookowego profilu. W rezultacie dostajemy kompromitujące, ziejące jadem, sygnowane przez nazwę organizacji pozarządowej komentarze na publicznym profilu. Jawnie nienawidzące osób o innym zdaniu, i - śmiem zaryzykować to stwierdzenie- mężczyzn. To tak jakby Amnesty International na stronie głównej napisało "ŚMIERĆ KOMUCHOM Z KUBY, WYP*****Ć Z PAŃSTWA ŚRODKA! UWOLNIĆ UCIŚNIONYCH" i sygnowało to podpisem Mateusza Hładki. Jest słuszny cel, są emocje. Ale trochę obciach, nie?
Dziś facebookowa strona Fundacji feminoteki treścią nie różni się niczym od  strony głównej portalu Fronda.pl. Analogią jest choćby piętnowanie mężczyzn o innym zdaniu niż pożądane i heroizacja mężczyzn zgadzających się w 100% z postulatami Fundacji oraz gnojenie kobiet, które poddały się aborcji i robienie bohaterki narodowej z Agaty Mróz na forum Frondy.
Redakcjo, z całego serca popieram postulaty feministek. Nie rozumiem tylko czemu ma służyć ich zachowanie. Czyżby zniechęceniu osób mogących je potencjalnie poprzeć? Będę dziwnie się czuła, kiedy ostatniej organizacji, którą jeszcze odrobinę poważam, będę musiała kliknąć "Nie lubię tego".

Wiara, komunizm i obcość

Autor: Maj , niedziela, 15 kwietnia 2012 23:01

Bóg Cię kocha.
Chrystus wybacza Ci błędy. Nie ma takiego grzechu z jakiego by Cię nie wyciągnął. Pan otacza swą ciepłą łaską wszystkie zbłąkane owieczki i zaprasza na powrót do swojej owczarni. Jest dobrym i miłosiernym pasterzem.

Zawsze myślałam, że połączenia takie jak "Wszystkiego najlepszego z okazji zmartwychwstania Pańskiego!" i "Wypierdalać z Polski lewaki, komuchy!" nie mają racji bytu. Jednakowoż osoby sygnujące się znakiem krzyża i głoszące Ewangelię coraz częściej mają równie wiele wspólnego ze słowami takimi jak "pedał", "komuch", "hołota", "lewaki" co ze słowami " "Kościół", "Wspólnota", "Miłość", "Wybaczenie".

Jako owieczka pasąca się z daleka od wiernego stada czuję się nieco lepiej, bo przynajmniej nikt nie wymaga ode mnie uwłaczania komukolwiek z racji mojej przynależności religijnej.
I wcale nie zgadzam się z opinią, że hasło "Bóg, honor, ojczyzna" zastąpiłam lewackim "Nic, nic i... nic".

O kwiatach

Autor: Maj , poniedziałek, 2 kwietnia 2012 16:19

Kwiaty mi się zepsuły.
Stoją na stole, w wysokiej, szklanej karafce na wodę. Kupiłam je od pani handlarki, która mnie oszukała. Często daję się oszukiwać. Widocznie to cecha charakterystyczna ludzi, którzy nie dają sobie rady w życiu.
Kwiaty były żółte, a teraz są przybrudzone brązem, schną. Ciemne plamy ciągną się przez całą długość ich łodyg.
Nie lubię kwiatów w doniczkach, lubię tylko cięte. Te były ładne.
Widok ich śmierci jest przygnębiający.

Lekkość bytu.

Autor: Maj , poniedziałek, 5 marca 2012 21:47

Zaniedbałam bloga. Tymczasem, w życiu prywatnym też szału nie ma.
Ukulturalniam się. Rozmawiam z naukowcami [lol, serio. ten ziom, co sklonował owcę mówił do mię...].
Dla równowagi czytam Bukowskiego i chodzę na przedstawienia dla dzieci. Oglądam bajki disneja.
Uczę się do matury. W bólach. Po prostu nie chce mi się i potrzebuję motywacji. Bazgram po marginesach i piszę melodramatyczne opowiadania. Nie tworzę niczego wartościowego, ale poczuwam się do bycia elitą intelektualną, tak jak wpajała nam Klementyna. Kiedy budzę się rano wiem, że jestem przyszłością tego narodu.
W praktyce wygląda to jednak tak:


I w zasadzie jestem całkiem szczęśliwa. Co nie zmniejsza moich ambicji.

Jego okiem

Autor: Maj , środa, 15 lutego 2012 17:15

Dziwnym trafem 50 post jest postem o jednej z najciekawszych znajomości, jaka mi się przydarzyła. Piotr, bo o nim mowa, jest u mojego boku osobą niemal nietykalną. Razem zdecydowaliśmy się przypomnieć jak to wszystko wyglądało 4 lata temu. Dziś na moim blogu wersja Piotra.
Moja relacja jest TUTAJ.
Na początek kawałek, który towarzyszył nam tego pierwszego lata.



Nie pamiętam już który to był rok, ale pamiętam że wyrzucałem swoich znajomych na gronie. I wpadła Ona, Paulina. Nie wiem skąd miałem ją w znajomych, ale wiedziałem, że komentowała mi bloga i była mocno nieletnia. Pomyślałem sobie, że na pewno jako moja gruppies się ze mną prześpi więc do niej napisałem. Pisaliśmy bardzo dużo poprzez grono, po kilka wiadomości dziennie. Nie pamiętam ile czasu minęło od napisania do spotkania - ale chyba niezbyt długo.

Na pierwszej randce okazało się, że to całkiem fajna i skromna dziewczynka z Wołomina. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, była strasznie zestresowana. Padał lekki deszcz, a ja czułem się jak pedofil z władzą w swoich chorych łapach xD. A tak na serio od razu wiedziałem, że jest dowcipna i niezwykła. Z wierzchu trochę zahukany lamus, ale miała tę iskrę którą chciałem z niej wydobyć. Taki błysk w oku, że ma charakter. Że jest wścibska, bez zahamowań i bez strachu. Uwielbiam uwalniać z ludzi zło. A w niej było go dużo. Pamiętam jak poszliśmy żreć do Subwaya czy innej kanapkarni. Sałata i pomidory fruwały jak pojebane w tę i nazad. Jeszcze nigdy z nikim nie żarłem w ten sposób. Byliśmy jak dwa prosiaki. To było przeurocze! Pękła cała krępacja. Za każdym kolejnym spotkaniem żarliśmy. Wulgarnie i prostacko. Naszym konikiem są dworcowe hot-dogi. Ale się tym upierdalamy zawsze.

Ciekawym momentem który nas połączył była długa wędrówka po Białołęce. Nienawidziłem podczas niej Pauliny każdym porem mojego nosa xD Wyobraźcie sobie że jest 9000 stopni i szukacie na jakimś zadupiu bóg wie czego. Masz w kieszeni 2zł które nie starczą nawet na ukraińską prostytutkę, a co dopiero na puszkę coli. W dodatku mój ówczesny przyjaciel tam mieszkał i chcieliśmy sprawdzić u niego mapę, ale kawał z niego pizdy i nie odbierał moich telefonów. Mijały godziny, słońce prażyło, nogi bolały. W dodatku nie było żadnych autobusów, ani nawet tabliczek z nazwą ulic. Umarłem wtedy na nogi, ale pamiętam to do dziś. Wspólne pocieszanie się, wspólne wyzywanie od najgorszych. To łączy.

Nasza historia opiera się też na zazdrości, Pauli zawsze miała jakiegoś badziewnego chłopaka który mnie od pierwszego "cześć" nienawidził. To było przeurocze, bo w sumie poza tym że chciałem ją bzyknąć i zaśmiać się mu w twarz mówiąc co zrobiłem - nie miałem złych zamiarów. Mimo to, ponieważ już możnaby nazwać nasz związek przyjaźnią tolerowałem to w czym się kochała. Najlepsze były te spotkania w 4 oczy, takie miłe a jednocześnie wiedziałem że w nocy wyobrażają sobie jak przypiekają mnie żelazem <3 Ale przecież ja nic złego nie robiłem, wydawałem się po prostu lepszym kandydatem do jej wianka. Każdy kto tak myślał bał się oczywiście słusznie, bo to całkowita prawda. No ale też nie przesadzajmy.

Nikt nigdy jednak mi nic nie powiedział i nie zagroził, a nasza cyniczna przyjaźń rosła w siłę. Nie powiem, że zawsze było różowo - mieliśmy dwie wielkie kłótnie zakończone dość przykrymi konsekwencjami - ale to raczej z powodu tej wielkiej i niezwykłej miłości która jest między nami. Czasami kochaliśmy się za bardzo.

Dziś Paulina jest mistrzem kucharzenia i mistrzem ciętej riposty. Nasze wielogodzinne dialogi na gadu sprawiają że sikam po nogach, a nasze spotkania obwitują wyłącznie w dobrą zabawę. To jest jeden z tych momentów w życiu, że jeśli dziecka nie będzie miała ze mną, to będę chociaż ojcem chrzestnym. Chociaż ona jest lewacką bezbożnicą i pewnie nie ochrzci. Kopałbym za odbieranie mi bycia chrzestnym.

Znajomość z nią jest intrygująca, jedna z nielicznych osób wiedzących o mnie wszystko. Paulina nigdy mnie nie ocenia, i mimo że jest najwredniejszą osobą jaką znam (ten żydowski nos nie ułatwia!) ufam jej nad życie. Taki Marek np. nie zaufa jej nigdy, ale ja wiem że potrafi być zołzą. Dużej części bycia wredną sam jej nauczyłem. Mimo to ufam jej, wiem że między nami jest zupełnie magiczna więź która towarzyszyć będzie nam do końca życia.

W końcu ile osób od zawsze na święta piecze Ci ciastka, śmiecha z Tobą z grubych ludzi i pamięta o każdych urodzinach? To z nią mam związane najlepsze wspomnienia i najlepsze przygody.

Zastanawiam się co nas tak do siebie ciągnie. Czy to że jesteśmy podobni i pozbawieni zasad moralnych? A może to natłok przygód (pamiętna 18-stka w której zabłysnął Marek)? Może pewien prąd seksualny który zawsze gdzieś tam był, ale nigdy go nie wypuściliśmy? Może to kwestia wzajemnej fascynacji i kopiowania siebie, swoich wypowiedzi, ulepszania ich.

Bez niej nie da się żyć.

A JP2GMD.


Przede mną Piotr spotykał się z Angeliną:


A oto i on, pedofil w najbardziej gustownych koszulach z krótkim rękawem:


Serduszko

Autor: Maj , czwartek, 9 lutego 2012 16:10

***
Umieść serca (♥) na swojej ścianie bez żadnego komentarza. Tylko serce. Następnie wyślij tę wiadomość do wszystkich kobiet znajomych. Następnie umieścić serce na ścianie osoby, która wysłała ten komunikat do Ciebie. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego masz tyle serc na ścianie, nie odpowiadaj. To jest tylko dla kobiet jako przypomnienie świadomości raka piersi. Dużo miłości i dziękujemy.Rozmowa zakończona


***
Kryteria rodowodowo-kliniczne rozpoznawania raka piersi i jajnika


>Trzy przypadki w rodzinie (diagnoza pewna)


>Dwa przypadki w rodzinie (diagnoza z dużym prawdopodobieństwem)
Dwa raki piersi lub jajnika wśród krewnych pierwszego lub drugiego stopnia w linii męskiej; jeden rak piersi i jeden rak jajnika rozpoznane w dowolnym wieku wśród krewnych pierwszego lub drugiego stopnia w linii męskiej.


>Jeden przypadek w rodzinie (diagnoza z dużym prawdopodobieństwem)

***

Nie dymaj na badanie ginekologiczne, zwiększaj świadomość. Kolejna facebookowa akcja pozwalająca 'pomóc", "uświadomić", "poczuć" zagrożenie nie ruszając dupy sprzed kwejka. Co ten fejsbuk to ja nawet nie. Żal kasy na cytologię lub badanie genetyczne, ale serduszko se wkleję i będziemy miały taki swój facebookowy-koleżankowy-serduszkowy-sekretny event. So sweet. Ile z tych dziewcząt, które wkleją sobie serduszko na tablicę pójdzie dzięki temu na badanie?
Ale wykrycie 8cm kulki w piersi kwalifikującej jedynie do leczenia opóźniającego nieuniknione jest najlepsze, co? I płacz nad wyrzucaniem pięknych, dwudziestoletnich piersi na śmietnik albo marynowanie ich w formalinie dla studentów śmieszków, żeby obejrzeli sobie jak wyglądają zmiany nowotworowe w cycku.
Bo rakiem się nie zaraża. Żeby zachorować na raka potrzeba mutacji w 1 z dwóch protoonkogenów i w genie supresorowym. Każdy ma te geny, w każdej komórce swego ciała. Rak nie bierze się z twardej wody ani z picia z tej samej szklanki. Nie dostaniesz raka dotykając krwi chorej osoby. Nowotworu nie leczy się naświetlaniem kolorowymi lampami ani piciem koktajli z sodą oczyszczoną. Nie pomoże usuwanie grzyba candida, równie dobrze zamiast sody można pić ludwika.
Za to zachorować można w każdym wieku. Od 20-tki po 80-tkę. Dokładne badania pozwalają uniknąć mastektomii lub uratować kawałek piersi. 

Należę do drugiej kategorii wg kryteriów diagnostycznych, ale nie jest to pewne. Nie wiem ile naprawdę było w rodzinie mojego ojca przypadków raka piersi i raka jajnika, ponieważ to są ludzie ze wsi, którzy WSTYDZĄ się mówić o nowotworach. Według nich jest to coś wstydliwego i nienormalnego. Coś, co nie spotyka normalnych ludzi. 

-Ojezu, coś mnie kłuje w piersi ostatnio.. coraz częściej...
-Dlaczego nie pójdziesz z tym do lekarza, babciu?
Zapada krótka, skonsternowana cisza.
-No bo jeszcze mi coś wykryją...

Dzięki nim nie wiem jak często powinnam się badać i czy mam się czym martwić. A to tylko pomogłoby mi w profilaktyce. W tym miesiącu idę na pierwsze badanie, postaram się zrobić sobie nawet testy genetyczne, jeśli będzie taka możliwość. 
I napiszę jak to wygląda. Dla wszystkich tych zabawnych lasek wrzucających sobie serduszka na walla.

Toksyczna miłość

Autor: Maj , czwartek, 2 lutego 2012 20:57

Przeglądając statystyki moich notek na blogu jedna rzecz nigdy się nie zmienia. Najpopularniejsza notka zawsze, od napisania, pozostaje ta sama. Nigdy nie spadła poniżej jakiejkolwiek innej, choć na blogu jest dużo więcej wartościowszych postów... Mowa o notce z przepisem na kurczaka z KFC.
Jak to się dzieje, że tak bardzo uwielbiamy produkty i zwyczaje, które powoli nas zabijają?

Alkohol
Większość z nas ma swoje powody, by od czasu do czasu napierdolić się jak świnia. Czerwienię się, kiedy przypominam sobie swoje największe wpadki z piciem, bo były naprawdę STRASZNE. I nie wątpię, że wszyscy inni też mają podobnie.
Kto jednak oprze się pokusie najebki po zdanym egzaminie? Upierdolonym egzaminie? Urodzinach? Imieninach? Przeprowadzce? Kiepskim dniu? Rozwiązaniu jakiegoś koszmarnego problemu?
Produkcja alkoholu jest dosyć tania, w zasadzie można przyjąć, że 80% kosztu butelki wódki to akcyza. Gdyby nie ona, non stop bylibyśmy napierdoleni jak szpadle, a melanż trwałby w nieskończoność.
Podobnie jest z lekami i substancjami psychoaktywnymi zażywanymi rekreacyjnie oraz z popularnym wśród studentów śmieszków "śmiesznym papieroskiem" oraz ciasteczkami z haszem. Gdyby były legalne byłoby smutniej, ale, że nie są to melanż naprawdę może trwać w nieskończoność xD.
Ci zabawni wysocy chłopcy kupujący opakowania gałki muszkatołowej i soku pomarańczowego..

Papierosy
Ponoć niewiele jest rzeczy bardziej relaksujących niż postkoitalny papieros. Ciężko pisać mi tutaj o tym uzależnieniu, ponieważ sama nie potrafię palić i pewnie nigdy się nie nauczę. Konia z rzędem temu facetowi, który mnie do tego doprowadzi, bo tego poziomu irytacji jeszcze nigdy nie osiągnęłam. W każdym razie, gdyby mi taki delikwent zapalił w łóżku, to szybko by do niego nie wrócił... Ach te dygresje :D.
Sheesha jest smaczna, owocowa i relaksująca. Człowiek czuje się po niej tak miękko i dobrze. Papierosy jednym pomagają zrobić coś z dłońmi, innym ukoić skołatane nerwy, a jeszcze innym rozwinąć się towarzysko na oficjalnym, grupowym papierosku przed uczelnią.
Według "nienałogowego palacza", M.M palenie to:
"Czasem lubię zapalić, zwłaszcza jak mam dłuższą przerwę. Często specjalnie robię przerwę w paleniu na kilka tygodni, bo potem znowu czuję się tak dziwnie jak na początku, a to mimo wszystko było fajne uczucie, choć nie jestem w stanie ci go opisać. Czasem palenie jest formą zajęcia umysłu, kiedy chcę ograniczyć swoją euforię albo kiedy jestem naprawdę zły, papieros działa jak stabilizator emocji(ale tylko wtedy)."
 Nic dodać, nic ująć.

Fast food
Siedząc dziś w KFC i napychając się Twisterem (TAK, JEM ŚMIECI xD) pomyślałam sobie, że w gruncie rzeczy, sieci fast food to potężny biznes, a pieniądze, którymi obracają się niewyobrażalne. ŻADNA restauracja na świecie (nawet Noma!) nie ma dochodów porównywalnych z którymkolwiek lokalem McDonalds.
Nikomu oczywiście nie trzeba uświadamiać, że to żarcie to świństwo i prosta droga do wielu chorób. Wystarczy spojrzeć na tabelę rozpisanych wartości odżywczych w którejkolwiek sieciówce, żeby złapać się za głowę. Dzisiaj dowiedziałam się, że BigMac jest mniej kaloryczny niż Twister :D...
Plan jest prosty: niezbyt duże porcje, tłusto, smacznie, szybko, tanio. Niech wracają po więcej, bo ich na to stać.
Stać ich, wracają, tyją i wcale nie są od tego szczęśliwsi.
A Twister wciąż smaczny.

Kapitalizm sprawia, że człowiek jako jednostka nie jest niczym nadzwyczajnym. Żyjemy w takich, a nie innych warunkach i korzystamy z usług koncernów, które nas zabijają.
Mimo wszystko dobrze wiem, że nadal będę pić i jeść w fast foodach.
No.

Apple leczy chore dzieci

Autor: Maj , środa, 1 lutego 2012 17:42

Na Facebooku trwa wielka batalia ludzi dobrego serca o centy dla dzieci. Chore dzieci. Dzieci trwale okaleczone, oszpecone przez chorobę. Z plamami nowotworu skóry, retinoblastomą, wypływającymi oczami. Ci dzielni ludzie dobrej woli wierząc, że wielkie koncerny zainteresowały się losem jakiegokolwiek noworodka, pchani odruchem wielkiego serca, lajkują i udostępniają zdjęcia umierających niemowląt.

I kiedy po raz pierwszy w ciągu dnia otwieram facebooka i w oczy wgryza mi się pokryta plamami czerniaka dupa małego dziecka, to pierwszą moją myślą nie jest "Ojej, jaki biedny, udostępnię to, żeby dać mu 3 centy".
Moją pierwszą myślą jest "KURWA. Co za ZJEBY."
Bo gdyby ci wielkoduszni dobroczyńcy chcieli naprawdę zrobić coś, dla kogokolwiek, to nie odbywałoby się to takim niewielkim kosztem. Chcesz pomagać? To idź, kurwa, do wolontariatu. Hospicja, domy dziecka i starców czekają na twoje wielkie poświęcenie. Wygodniej jest usiąść w domu na dupie i między jednym, a drugim obrazkiem z kwejka przejąć się losem biednego, islamskiego dziecka z siatkówczakiem.
Swoją drogą, wiecie, że lajkując takie strony dajecie się wkręcić w farmę fanów? Enjoy.

Były już psy z oderwanymi głowami, dupy pokryte czerniakiem, co następne? Więźniowie polityczni? Klikając pomagasz gwałconym na wojnie kobietom?


Za co nie lubię kuchni polskiej. Top 10.

Autor: Maj , poniedziałek, 30 stycznia 2012 00:11

Kiedy otworzyłam ostatnio w Empiku najnowszy magazyn Food&friends od razu rzucił mi się w oczy artykuł o najlepszym polskim szefie kuchni. Wojciech Modest Amaro, bo o nim mowa, prowadzi w Warszawie restaurację Atelier Amaro. Jest pierwszym naszym kandydatem do otrzymania gwiazdki Michelin, i szczerze powiedziawszy, jest tylko kwestią czasu kiedy ją otrzyma. Jednym z moich skrytych marzeń jest odwiedzenie Atelier... Jedynym moim kontaktem z jego ekipą jest, jak do tej pory degustacja na Film Food Fest. Panowie z restauracji przygotowywali tam ażurowe lizaki czekoladowe z oliwą truflową, używając techniki odwrotnej do smażenia. Wykonywali to na elektrycznej, metalowej płycie ochładzającej się do bardzo niskiej temperatury.
Amaro wyjechał z Polski do UK na początku studiów. Tam załapał się na pomocnika szefa kuchni w jednej z nowo otwartych włoskich restauracji. Nie umiał nic, zaryzykował, nakłamał w CV, rzucił studia i harował parę lat za pół darmo. Nauczył się wiele, aż w końcu trafił do El Bulli, słynnej restauracji serwującej kuchnię molekularną. Wrócił do Polski i przez pewien czas gotował w Amber Room w Warszawie, aż wreszcie otworzył długo oczekiwane przez smakoszy Atelier Amaro.
Kreatywne podejście do kuchni polskiej jest jedną z cech wyróżniających tego restauratora i wybitnego kucharza. Tradycyjne składniki wykorzystuje i podaje w nowoczesny sposób. To wspaniałe, oglądać ile niesamowitych smaków kryje się w starych recepturach naszych przodków.

Tymczasem chciałam napisać dziś o kuchni domowej i o zwyczajach żywieniowych Polaków. I tu, niestety, wieje biedą.

1. Pyry
Absolutnie do wszystkiego, saute, bez przypraw albo przesolone. Niekiedy polane ulubionym przez niektórych tłuszczykiem z patelni. Mojemu pokoleniu odbija się ten model żywienia do tego stopnia, że ludzie wyprowadzając się w domu dochodzą do wniosku, że nigdy już ziemniaków nie tkną nawet palcem.

2. Kiszonki/surówki z pojemniczków
To gówno zastępuje w posiłkach świeże warzywa. Nie mam słów. Od czasu do czasu ogóreczki konserowe/papryka marynowana jest pyszna, ale codziennie?

3. Spagietti jako szczyt wyrafinowania
Ile razy słyszałeś "Jestem mistrzę kuchni, robię ZAJEBISTE spagietti bolonezzzz".
Ja słyszałam to wielokrotnie. Podaje Ci taki delikwent to swoje spaghetti, jesz, no nie była to podróż kulinarna marzeń, a normalny, pożywny posiłek. To badawcze spojrzenie i oczekiwanie na komplementy...
Pamiętam taki przerażający raz, kiedy koleżanka ze szkoły zaprosiła mnie do domu, żeby zrobić ze mną projekt. Przyszłam. Okazało się, że zaangażowana była w to cała rodzina, łącznie z rodzeństwem. Przygotowano wytworny obiad. Tak, ogromny gar spaghetti bolognese.

4. Kebaby
Nieświeże, tłuste mięso krojone wiecznie brudną piłą i leżakujące w zjełczałym tłuszczu podane na bułce z kupą warzyw bez smaku i sosami, które są tak ostre/czosnkowe, że w rezultacie zabijają cały smak. No kurwa świetne jedzenie. Tak, jadłam kiedyś kebab. Nie, nie jestem wegetarianką.

5. Krojony chleb do wszystkiego
Z krojonym chlebem to jest tak, że ten kupowany w folii jest nasączony konserwantami i ulepszaczami. To się nawet czuje w smaku. Jeśli już koniecznie chcemy kupić krojony, wybierzmy ten, który pani w piekarni kroi przy nas.
Ponadto ulubione przeze mnie i przez Gieca, zdanie-mantra osób ze starszego pokolenia:
-Jak ty to jesz?? BEZ CHLEBA?!
Niekaceptowalne oczywiście jest jedzenie takiego chleba bez masła, no bo, loool, kto tak robi :D?

6. Kupowanie ciast-przekładańców
Akurat tutaj powinnam przyczepić się również do ciastek na wagę, ale wiem, że trafiają się czasem naprawdę niezłe kruche ciastka sprzedawane w ten sposób. Moja babcia kupuje kruche posypane gruboziarnistym cukrem i maślane- są pyszne. Ciasta przekładańce: stefanki, ciasta toffi, snickersy, budyniowe, metrowiec, pani walewska, cycki murzynki, orzechowiec... One może i są jadalne jeśli upiecze je sąsiadka, ale te z cukierni są naprawdę obleśnie słodkie i nie ma w nich prawie nic poza cukrem, budyniem i masłem.
Takie ciasta niestety są według mnie typowo polskie. Kojarzą mi się z imieninami ciotki.
Odzywa się tu we mnie zamiłowanie do francuskich słodyczy... Mało pysznego ciasta, dużo owoców i karmel. Tak!

7. Przyrządzanie mięsa bez przypraw
Nikt nie uczy, że poza solą i pieprzem można dodać dla wzbogacenia innych przypraw. Diametralna jest różnica pomiędzy tradycyjnym polskim klopsem bez niczego, a przepisem Jamiego Olivera, który zawiera czosnek, chilli, musztardę dijon, pokruszone krakersy... W rezultacie często mięso, zwłaszcza mielone, jest mdłe i niesmaczne.
Kiedy byłam dzieckiem nieznosiłam klopsków, w każdej postaci. Były szare, glutowate i niesmaczne. Teraz, kiedy umiem je przyrządzić, stały się jednym z moich ulubionych poprawiaczy nastroju.

8. Brak świeżych ziół w kuchni.
Całkiem niedawno w asortymencie przypraw przeciętnego Polaka był tylko suszony majeranek i słodka papryka. To na szczęście powoli się zmienia, ponieważ pokochaliśmy świeżą bazylię, z czego bardzo się cieszę.

9.Niewłaściwe łączenie przypraw
Częstym błędem jest nieumiejętne łączenie przypraw przez ludzi, którzy dopiero odkryli susze i proszki. Gorzej jest, jeśli w zasięgu rąk takiego delikwenta znajdą się jeszcze przyprawy w płynie. W rezultacie będzie gotował sos do spaghetti doprawiany suszoną bazylią, oregano, rozmarynem, curry, kolendrą, kminkiem, majerankiem, maggi, sosem sojowym, octem jabłkowym.... Nie wszystko co smakuje jakby doprawiał to Lay's jest dobre.

10. Konserwowanie wszystkiego i chomikowanie na czas apokalipsy
Otwórz zamrażarkę. Jeśli masz w niej zamrożone kule ciasta pierogowego sprzed 4 lat, kadłubek z kury sprzed 2, groszek, który 5 lat temu podarował wam dziadek i dziesięć worków starych wiśni, to mieszkasz w prawdziwym polskim domu.
Otwórz spiżarnię. Jeśli zamrażarka była pełna, to w spiżarni znajdziesz milion słoików z ostatnich 10 lat, pełnych niezdatnych do spożycia marynowanych grzybów, które wyglądają jak zwłoki ślimaków. Nikt nigdy ich nie otworzy.
A teraz pomyśl jakie wspaniałe ciasta można było zrobić z tych nieszczęsnych wiśni, kiedy jeszcze były świeże. Grzyby mogły fantastycznie wzbogacić smak niejednego sosu czy zupy. Nie rozumiem tego postępowania. Zamiast mrozić świeże produkty można przecież zrobić z nich pierwszorzędne przetwory i jeść je jesienią i zimą, czekając na nową porcję świeżych składników...

Jeśli ktoś się nie zgadza- proszę mnie bić.

La France qui mange

Autor: Maj , niedziela, 15 stycznia 2012 12:51

Podobno ludzie ewolucyjnie przystosowani są do polowania na smak słodki. Nawet receptory odbierające ten smak znajdują się już na samym czubku języka, żeby ułatwić nam rozpoznanie. TAK, to cukier, atakuj. Jestem jednym z tych dziwnych ewenementów, które wolą zjeść coś słonego. Kiedy mam wybrać pomiędzy przystawką a deserem, to decyzja jest dla mnie zazwyczaj oczywista. Francja zagięła mnie zwłaszcza pod tym względem.



Kultura jedzenia


Francuzi jedzą lekkie śniadanie, lunch i późną obiadokolację.
My śniadanie mieliśmy wliczone w cenę i jedliśmy je w hotelu. Mimo, że jesteśmy śpiochami i kiedy możemy, wstajemy ok. 14, na ten posiłek zrywaliśmy się specjalnie o 9. Jedyne co było niesmaczne w tych hotelowych petit-dejeneurs to kawa, ale ona chyba była rozpuszczalna. Piłam zawsze herbatę lub sok z dozownika, który podejrzanie intensywnie smakował jak świeżo wyciskany. Do wyboru było ciepłe, świeże pieczywo (małe bagietki, croissants i rodzaj drożdżowych bułeczek nadziewanych czekoladą), cieniutkie naleśniki, płatki z mlekiem (tego akurat nie jedliśmy), ser, wędlina, jogurty, mus jabłkowy, sałatka owocowa, białe serki, dżemy i miód.
I wiecie jaki był skład dżemu?
Owoce, cukier, woda, kwas cytrynowy, pektyna.
Przez cały czas pobytu we Francji zachwycałam się tym, jak bardzo świeże i proste było podawane jedzenie. Niniejszym pozbyłam się forsowanego w Polsce złudzenia, że robimy najlepsze pieczywo i wędliny. Otóż zdecydowane nie. Poza cudem, którym były boulangerie i patissierie, zwykła bagietka z Leader Price była smaczna i jadalna przez dwa do trzech dni. Dżemy, pasty i przetwory są zrobione jak najprościej. Nie wytrzymują porównania z polskimi terminami przydatności, ale za to są smaczniejsze i naturalniejsze. Francuzi kupują żywność i zjadają ją zamiast chomikować. Oto metoda!
Do każdego posiłku we francuskiej restauracji za darmo podawany jest koszyczek z kawałkami smacznej, świeżej bagietki oraz karafka z wodą. Menu często łączone jest w posiłek przystawka+danie główne lub danie główne+deser.
W pizzeriach zamawia się jedną pizzę na osobę. Do zamówienia podawana jest butelka ostrej, dobrej jakościowo oliwy, na której dnie pływają suszone papryczki chilli. Pizza jest idealna dla średnio głodnej dorosłej osoby, choć wygląda na bardzo dużą. Jej zdecydowaną zaletą jest ciasto, które jest cieniutkie, sprężyste, chrupiące przy krawędziach i właściwie pozbawione brzegów. Dzięki takiej a nie innej strukturze ciasta można właściwie docenić walory smakowe dodatków (świeżych i pysznych) i nie można się przejeść. Je się ją nożem i widelcem, nie ma zwyczaju kroić jej w trójkąty. Po takiej pizzy spokojnie można zamówić jeszcze deser.
Ja jadłam wersję z boczkiem i jajkiem sadzonym. Idealnie upieczone jajko z płynącym żółtkiem, Jezusie Maryjo...
Na lunch Francuzi jedzą zupy, sałatki, naleśniki i mniejsze dania mięsne. Przerwa na lunch jest prawnie zagwarantowana każdemu pracownikowi. Lokale otwarte są do ok. 14, a później pozostają zamknięte do godziny 18-19. Muszę przyznać, że był to dla nas pewien problem, ponieważ przyzwyczajeni do polskich pór posiłków robiliśmy się głodni już przed 17. Zdecydowanie najlepszy lunch, który dodatkowo przebił wszystkie inne posiłki i utkwił mi w głowie jako najlepsze danie wyjazdu, jedliśmy na Polach Elizejskich.
Gdy szuka się miejsca na obiad i przegląda rozwieszone na restauracjach menu często kelnerzy lub właściciele sami wychodzą na ulicę i zapraszają do środka. Nie w nachalny sposób i nikt nie obraża się jeśli jednak klient zdecyduje się wyjść. Kelnerzy nie patrzą na klientów z góry.
W ciągu dnia można wpaść również na kawę i deser do dowolnej kawiarni.

Najlepsze z najlepszych


Najbardziej fantastycznym posiłkiem, który jadłam w Paryżu była sałatka. Serio, sałatka. Codziennie próbowałam różnych dań charakterystycznych dla kuchni francuskiej (stek z francuskimi frytkami, confit z kaczki, najróżniejsze słodycze) i zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób przyrządzają sałatki. Oczywiście nie zawiodłam się i dane mi było spróbować czegoś wstrząsająco smacznego i prostego. Zamówiłam sałatkę z serem kozim- w Polsce dostałabym prawdopodobnie mieszankę sałat z całkiem niezłym dressingiem, jakimiś warzywami i kawałkami koziego sera na wierzchu. Tam podano mi prostą mieszankę sałat (albo nawet samą masłową, tylko że świeżą, sprężystą, delikatnie chrupiącą, nie rozmiękłą) przyprawioną domowym majonezem. Sałata zajmowała centralne miejsce na talerzu i była przybrana dodatkami: na wierzchu leżał duży plaster dojrzewającej szynki, z boku kryły się doprawione gotowane ziemniaki, cienkie cząstki jajka na twardo, kawałeczki pomidora i grzanki z wiejskiego chleba z zapieczonymi malutkimi krążkami pleśniowego sera koziego w całości. Jedząc sałatkę można było dowolnie komponować ze sobą smaki. To było jak malowanie: składniki dawały obfitą gamę możliwości. Czysty smak świeżych produktów kontra doskonałe połączenia (ziemniaki+szynka, szynka+sałata+grzanki... mogłabym jeść to w nieskończoność....). Niesamowite jedzenie, niesamowita obsługa, bardzo urocze i przyjemne miejsce w bezpośrednim pobliżu Łuku Triumfalnego. Maleńki lokal o nazwie La Deauville, zapchany po sam dach ludźmi wszelkich narodowości. Profesjonalni i mili kelnerzy w marynarskich koszulkach i czapeczkach, goście z poczuciem humoru i z niesamowitą żyłką do języków obcych: mówili biegle po angielsku, odrobinę po włosku, niemiecku i rosyjsku. Nawet jeśli składaliśmy zamówienie po francusku, oni znajdowali sposób, żeby wtrącić coś miłego w jakimś słowiańskim języku, na przykład na do widzenia, tylko dlatego, że między sobą rozmawialiśmy po polsku.

Najlepszy deser jaki jadłam we Francji to tarta tatin z jabłkami. Tego dnia zjedliśmy jedyny naprawdę paskudny obiad (to było tak obrzydliwe, że wypieram to ze świadomości i bardzo odradzam restaurację pełną starszych kelnerów w bezpośrednim sąsiedztwie Notre Dame) i postanowiliśmy jakoś ratować kubki smakowe w dowolnej, ładnie wyglądającej kawiarni, która serwuje tartę tatin. Ciastko było malutkie ale dość wysokie, podane na ciepło z cynamonem i zwykłą śmietaną w osobnym naczynku. Cieniutkie, smaczne ciasto i gruba warstwa słodko-kwaśnych, duszonych jabłek, odrobina karmelu. Absolutnie pyszne, jak zresztą wszystkie francuskie słodycze. Inne doskonałe desery jakich próbowałam to tarta z jabłkami, creme brulee (długo był numerem jeden) i creme caramel.
Bardzo ciekawe w smaku były pieczone kasztany, które przypominały lekko słodkie ziemniaki.


Francuskie słodycze


Jako, że nie należę do słodkożerców, słodycze na zimno z patissierie poznałam dopiero ostatniego dnia wyjazdu. Kiedy zobaczyłam co sprzedaje się w zwykłych cukierniach, jakie to kolorowe, świeże i śliczne, to Michał świadkiem, sporą część ostatniego dnia roku spędziliśmy w kolejkach po ciastka. Przede wszystkim makaroniki. Rodzaj składanych ciasteczek, z wyglądu podobne do dużej wersji polskich ciastek o nazwie bitki lub baletki. Barwione, kruche i lekko twarde z wierzchu, wspaniale miękkie i wilgotne w środku. Przekładane kremem i świeżymi owocami. My jedliśmy duże makaroniki przekładane malinami (na zdjęciu) i truskawkami oraz miniaturowe wersje, bardziej chrupiące i przekładane samym kremem.


Poza tym spróbowaliśmy Paris brest, musu z szampana (wyjątkowo śliczny i smaczny, przygotowywany specjalnie na Sylwestra) i francuskiej charlotte.
I tutaj ciekawoska. W Polsce szarlotką nazywamy ciasto kruche, krucho-drożdżowe lub wariant jednego z tych ciast, przekładany duszonym nadzieniem jabłkowym pod kruszonką lub drugą warstwą ciasta. Lekkie, puszyste, nasączone alkoholem i przełożone cienką warstwą jabłek ciasto to jabłecznik. Natomiast francuska charlotte to ciastko przygotowywane w foremce o kształcie ściętego stożka- bywa, że za taką foremkę służy doniczka! Boki i dno formy wykłada się podłużnymi i okrągłymi biszkoptami, a środek wypełnia się owocowym kremem, który tężeje i spaja ciastko po schłodzeniu. Wierzch dekoruje się świeżymi owocami. Nasza charlotte była truskawkowa i chyba nie muszę mówić jak świetnie smakowała z szampanem o północy...

Ciacha nad Sekwaną.

Pamiątki na kuchenną półkę


Z Paryża przywieźliśmy sobie głównie książki i artykuły spożywcze. Michał ma dwie książki o winach, a ja trzy książki kucharskie: jedną dużą, wspaniale wydaną o tradycyjnej kuchni francuskiej, zawierającą masę genialnych zdjęć i bardzo proste przepisy, drugą o samych deserach i trzecią o makaronikach. Przywieźliśmy kilka serków st Marcellin (na tartinki, które nadal nie powstały..), kilka pleśniowych serów kozich (z rodzaju tych, które jadłam na grzankach z sałatką) i większy krążek Camembert. Wybrałam też dla nas sól waniliową, dużą butlę białego octu winnego z pęczkami ziół prowansalskich w środku, buteleczkę oliwy aromatyzowanej czarną truflą (niesamowity dodatek do czekolady) i słoiczek naprawdę dobrej tapenady. W sklepie z żywnością (który pokochałam) widzieliśmy też starych dobrych znajomych, czyli Wyborową i panią na żet:


Pod względem kulinarnym tych 5 dni spędzonych we Francji nauczyło mnie więcej niż dwa lata gotowania z książek kucharskich. Poza tym posiadłam wiedzę, którą trudno wyłuskać z jakiegokolwiek źródła pisanego czy wizualnego: doświadczyłam na własnej skórze wspaniałego modelu francuskiego żywienia.